Wampirzyca przypatrywała mi się pytającym, zaciekawionym wzrokiem – swych uroczych, lazurowych oczu.
Była tak nieskazitelnie piękna… ubrana jedynie w podróżny płaszcz Sir Marcela, niemal całkiem nagusieńka.
Uśmiechnąwszy się szczerze do niej, mówić począłem:
- Pamiętasz Istishio, to co opowiedziałem Ci w karecie Shylaji…? Przerwała mi, gniewnie słów szorstkich gradem ciskając:
- Znowu Djordji, chcesz mnie przekonywać do szczerości swoich intencji?! Była bardzo poirytowana i nawet nie starała się kryć przede mną swej złości.
Wszedłem jej w zdanie – uciszając ją przy tym, głowy swej przeczącym skinieniem:
- Nie. Przynajmniej nie do końca. Wysłuchaj mnie proszę. Zamilkła, przyglądając mi się gniewnie – ale też i z uwagą.
- Stwierdziłaś wtedy, że nie zachowuje się jak na wampira przystało, dodałaś - mówiłem coraz ciszej – że albo jestem niezwykle naiwny, albo też, podstępny…
Zwiesiłem swój smutkiem przepełniony wzrok, na oczach jej błękitnych – nieskazitelnie czystych, niczym nieba firmament o poranku.
- Najwidoczniej, to pierwsze – odrzekłem nieśmiało, wyciągając przy tym zza pazuchy, drewnianą tubę – od dni tak wielu, przed światem skrywaną.
Uniosłem ją nieznacznie do góry, dodając:
- To jest te właśnie, me kłamstewko jedno małe – o którym Ci wspomniałem. Jej oczy się rozpromieniły a twarz, nie kryła zaskoczenia. Wyciągnąłem rękę, podając Tzimisce swe brzemię – mroczne znalezisko.
Pochwyciła je delikatną, niczym jedwab dłonią. Jednak ja, trzymałem tubę nadal – ponownie spojrzawszy w jej anielskie oblicze, głosem cichym, lecz stanowczym rzekłem:
- Ostrzegam Cię jednak Istishio… każdy kto do tej pory, tajemnicy w tubie skrywanej pożądał – śmierć na swej drodze, jedynie spotkał.
Uśmiechnąłem się czule do niej, pozwalając wziąć z dłoni swej, tą dziwną – zapieczętowaną srebrnymi okowami zagadkę.
Spojrzałem raz jeszcze na nią troskliwie – jej lico żądzą poznania nieodgadnionego płonęło, a… rozchylony teraz płaszcz, odkrywał przede mną cudnego jej ciała tajemnice. Jej alabastrowa skóra połyskiwała, skąpana w mdłym blasku księżycowych promieni.
Była tak piękna… zdawała się być tak niewinna…
Wzdychając, spuściłem swój wzrok – nieco onieśmielony, dodałem:
- Zrób z nią to, co uważasz za słuszne – jednak bacz na mą przestrogę.
Po słowach tych, odwróciłem się na pięcie – plecami do niej.
Nie chciałem by wiedziała, by spostrzegła, że… zgubiłem łzę…
Co ja najlepszego zrobiłem?!
A jeśli nieszczęście właśnie, na nią i kompanów swych sprowadziłem?!
Wyjścia innego jednak nie widziałem i taką – nie inną – cenę, zapłacić musiałem.
Bałem i martwiłem się, nie… nie o siebie – a o nią.
Dlaczego to jej, ofiarować swą tajemnicę postanowiłem?
Dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłem?
Czytaj więcej…
Tagi: czarny opal, Djordji, drewniana tuba, Istishia, Krwawe Wrota, Shylaja